Czy to koniec korzystnego mechanizmu prosumenckiego?

| Gospodarka Zasilanie, aparatura nn

Ministerstwo Klimatu planuje wprowadzić zmiany w prawie likwidujące kluczowy dla prosumentów system opustów, który pozwala na bilansowanie energii pochodzącej z instalacji fotowoltaicznych. Rozwiązanie bazujące na net-meteringu ma być od 2022 roku zastąpione mechanizmem rynkowym, co spowoduje istotny spadek opłacalności inwestycji w niewielkie instalacje PV. Oznacza to problemy dla branży fotowoltaicznej, która w ostatnich latach rozwijała się w rekordowym tempie. W felietonie o powodach zmian i ich znaczeniu dla prosumentów, producentów oraz instalatorów.

Czy to koniec korzystnego mechanizmu prosumenckiego?

Zdolności władzy w podcinaniu skrzydeł energetyce odnawialnej w Polsce są wręcz legendarne. Kilka lat temu regularnie rozmawiałem z dostawcami automatyki o ekspresowo rozwijającym się rynku związanym z elektrowniami wiatrowymi. Tak było do 2016 roku, gdy kilkoma ruchami – uchwaleniem ustawy odległościowej, ograniczeniem liczby aukcji, później też wygaszeniem zielonych certyfikatów – skutecznie zatrzymano rozwój tego sektora. Dzisiaj okazuje się, że podobny los spotkać może branżę fotowoltaiki, która stała się ofiarą własnego sukcesu.

Rynek systemów PV znakomicie oparł się pandemii, zaś bieżący rok będzie rekordowy pod względem liczby nowopowstających instalacji fotowoltaicznych. W prognozach na 2021 podawano przedział wynoszący 5-7 GW mocy zainstalowanej, podczas gdy już po pierwszym kwartale osiągnięto poziom blisko 4,5 GW! Większość systemów stanowiły instalacje prosumenckie, a więc te na dachach domów jednorodzinnych i przedsiębiorstw.

Zupełnie niespodziewanie, w czerwcu, Ministerstwo Klimatu podało informację, że planuje wprowadzić zmiany w prawie, w tym zlikwidować kluczowy dla prosumentów system opustów, który daje możliwość bilansowania ilości energii pobieranej z sieci i do niej oddawanej. W praktyce działa to tak, że wytworzoną nadwyżkę na bieżąco oddaje się do elektrowni, w zamian za co można wykorzystać 80% wcześniej wygenerowanego prądu w okresach braku słońca.

Przedstawiciele ministerstwa chcą, aby rozwiązanie bazujące na net-meteringu zastąpić mechanizmem, polegającym na sprzedaży i odkupywaniu energii po cenach rynkowych. Biorąc pod uwagę obecne stawki, oznacza to w praktyce zmianę analogicznego współczynnika do poziomu 50%, a więc możliwość „odbioru” tylko co drugiej kilowatogodziny z każdej wcześniej wygenerowanej ze słońca. To zła informacja dla przyszłych prosumentów, bowiem znacząco wydłuży się czas zwrotu z instalacji PV. Właściwie wiele projektów, nawet biorąc pod uwagę możliwość uzyskania dopłaty z programu takiego jak „Mój prąd 3.0”, przestanie być ekonomicznie opłacalnych.

Prawdopodobne zmiany to również problem dla producentów oraz dystrybutorów komponentów do instalacji PV. O ile panele są w większości produkowane w Chinach (nawet te składane w Polsce bazują na modułach chińskich), o tyle instalacje to przecież znacznie więcej komponentów. Takimi są złącza, przewody, zabezpieczenia i falowniki. Te ostatnie to domena grupy dużych producentów zagranicznych, jednak cały środek – owa drobnica, której jest całkiem sporo, to atrakcyjny kawałek biznesu wielu dostawców.

Finalnie, perspektywa robi się nieciekawa dla firm oferujących instalacje fotowoltaiczne. Takich przedsiębiorstw jest sporo i wokół nich wytworzyła się branża współpracujących z nimi instalatorów, elektryków i innych podwykonawców. Części z nich biznes się po prostu skończy, inni przekwalifikują się na instalacje większych mocy, których mechanizm prosumenta i tak nie obejmuje.

O powodach zmian mówił wiceminister klimatu i środowiska Ireneusz Zyska, wskazując na konieczność wyhamowania „ruchu prosumenckiego” i normalizację sytuacji. W praktyce jednak wiadomo, że chodzi tu o pieniądze, które wraz z promieniami słońca wyparowują energetyce zawodowej. Tutaj jednak spróbowałbym też zrozumieć drugą stronę, bowiem koszty utrzymania systemu przesyłowego są ogromne, OZE komplikują bilansowanie sieci energetycznej, a energetycy muszą mierzyć się również z innymi problemami, które de facto ani konsumentów, ani prosumentów nie obchodzą. No i wreszcie jest kwestia węgla kamiennego, a więc temat polityczno-społeczny, którego w Polsce lepiej nie ruszać.

Na pocieszenie pozostaje to, że dotychczasowi prosumenci, a dokładniej ci, którzy zainstalują i uruchomią instalację PV przed końcem bieżącego roku, pozostaną w mechanizmie opustów przez 15 lat od momentu rozpoczęcia generacji prądu. Pozostaną oczywiście teoretycznie, bo kto wie, czy dostawca energii międzyczasie nie wypowie umowy, powołując się na zmiany w ustawodawstwie.

Całość piszę z pozycji osoby, która na co dzień korzysta z własnej „elektrowni” na dachu. Oprócz jej podstawowej zalety, a więc możliwości generowania energii z czystego, odnawialnego źródła, dostrzegam też inne aspekty, które trudno wycenić z użyciem Excela. Jako inżynier mam ogromną frajdę podglądać dane o pracy falownika, zaś jako osoba świadoma promuję podejście proekologiczne we własnej rodzinie i wśród znajomych. Można się tu uśmiechnąć pod nosem, ale sądzę, że wielu prosumentów również traktuje posiadane instalacje fotowoltaiczne jako ich własny wkład w ratowanie planety. Stąd też tym większa szkoda, że owa zdrowa frajda zostanie zabrana wraz z realnymi, wymiernymi korzyściami sporej grupie niedoszłych fanów zielonej energii.

Zbigniew Piątek

W felietonie skorzystałem z ilustracji z wyliczeniami, których dokonała redakcja portalu WysokieNapiecie.pl. Grafiki udostępniono na stosownej licencji.

Zobacz również