Amazon twierdzi, że Sequoia skrócił czas realizacji zamówień o 25%. Nie przez szybszych pracowników. Przez inną architekturę. To zdanie – przez inną architekturę – jest kluczem do zrozumienia tego, co dzieje się dziś w czołówce światowej robotyki.
Przez dekady automatyzacja przemysłowa była addytywna: brała istniejący proces i dokładała do niego roboty. Linia montażowa samochodów, a przy niej ramię FANUC spawające karoserię. Magazyn, a w nim wózek jeżdżący po magnetycznej taśmie. Logika była prosta: człowiek projektuje proces, robot go wykonuje. Tesla w gigafabryce w Grünheide pod Berlinem odwróciła tę kolejność. Linia produkcyjna Model Y została zaprojektowana od zera wokół możliwości robotów – nie odwrotnie. Ponad tysiąc ramion Kuka pracuje w sekwencjach, które byłyby niemożliwe do wykonania ręcznie: gigaodlewy aluminiowe, które zastąpiły 70 oddzielnych komponentów nadwozia, wymagają precyzji montażu niemożliwej do osiągnięcia przez człowieka w przemysłowej skali. Cykl produkcji jednego auta spadł do poziomu, przy którym tradycyjne fabryki wyglądają jak rzemiosło.
Ale najciekawsze rzeczy dzieją się nie tam, gdzie robotów jest najwięcej, lecz tam, gdzie uczą się być samodzielne. Boston Dynamics przez lata był synonimem fascynujących filmów i niejasnego modelu biznesowego. Spot, czworonożny robot inspekcyjny, trafił do zakładów BP, Shell i Woodside Energy – gdzie samodzielnie patroluje platformy wiertnicze, zbiera dane z czujników i wykrywa wycieki gazu bez udziału człowieka. Nie chodzi o efektywność. Chodzi o to, że człowiek nie powinien tam wchodzić – a dotąd musiał. Parallel, startup z Doliny Krzemowej, poszedł dalej. Jego coboty uczą się nowych zadań przez demonstrację: operator raz pokazuje ruchami rąk, czego oczekuje, a system generuje program. Nie potrzeba inżyniera automatyki, środowiska programistycznego ani wiedzy o kinematyce. Czas wdrożenia nowej aplikacji spadł z dni do minut. To nie jest ewolucja programowania robotów. To jego likwidacja.
Chińska scena robotyki zasługuje na osobny akapit – bo przestała być tylko tanią alternatywą. JAKA Robotics, producent cobotów z Szanghaju, obsługuje dziś fabryki Apple’a w Chinach. Nie jako second choice. Jako wybór pierwszorzędny, uzasadniony parametrami: powtarzalność ±0,02 mm, programowanie przez pokazywanie, natywna integracja z systemami wizyjnymi. Dobot, obecny już szeroko w europejskich laboratoriach i liniach montażu elektroniki, oferuje ramiona, które można kupić, złożyć i uruchomić w kilka godzin – bez integratora, bez projektu, bez budżetu na poziomie inwestycji kapitałowej. Fairino, marka grupy FANUC przeznaczona na rynki rozwijające się, łączy japońską niezawodność z chińską ceną. To coś, w stosunku do czego Europa przez lata twierdziła, że nie da się pogodzić.
Dokąd to wszystko zmierza?
Odpowiedź dała w ubiegłym roku firma Figure AI, która pokazała robota humanoidalnego Figure 02, pracującego na linii BMW w Spartanburgu. Nie w laboratorium. Na rzeczywistej linii produkcyjnej, przy prawdziwych autach. Robot przenosi komponenty karoserii, identyfikuje je wizualnie i układa we wskazanych pozycjach. Rozmawia z operatorem po angielsku, gdy potrzebuje instrukcji.
Można to nazwać ciekawostką. Można też – i to wydaje się trafniejsze – uznać to za punkt, w którym robotyka przestaje być branżą automatyzacji, a staje się branżą zastępowania.
Nie człowieka. Ograniczeń.
Wiesław Marciniak